Teoria Sayi przypomina mi książkę, którą właśnie czytam.
Mowa w niej jest o równoległych światach. Z tym, że tam chodzi o podstawy fizyki kwantowej. Jest to zwykła powieść fabularna, nie wiem na ile informacje w niej zawarte są zgodne z prawdą, ale zakładam, że autorka miała jakąś tam wiedzę i nie pisała bzdur. Chociaż oczywiście mogę się mylić, więc proszę nie brać tego co tu napiszę zbyt serio.
Ogólnie podobne jest to do tego, o czym pisał Saya, z tym, że zamiast podejmowania decyzji, rzeczą, która stwarza światy jest obserwowanie, a raczej jego brak.
Jeśli dana rzecz jest obserwowana staje się rzeczywistością, w innym wypadku istnieje w stanie rozmycia, jest wszędzie, ale tak naprawdę nie wiemy, gdzie dokładnie. Czyli mamy kilka możliwości. Kiedy dowiemy się, gdzie coś jest, wybierzemy jedną możliwość, innymi słowy zaobserwujemy to, funkcja falowa się załamuje (funkcja, czyli 'seria prawdopodobieństw co do tego, gdzie była i co robiła'[dana rzecz, cząstka itp.]) rzeczywistość się ustala, a pozostałe możliwości się rozpływają, znikają.
Jest to jedna teoria. Druga interpretacja, o którą mi głównie chodzi, głosi, że nie ma obserwatora, więc nie ma wybieranej jednej możliwości, zatem wszystkie prawdopodobne wydarzenia istnieją równocześnie we własnych, przyporządkowanych wszechświatach, które trochę różnią się od siebie.
Brzmi to kosmicznie i niewiarygodnie, mam nadzieje, że zrozumieliście. W ten sposób, w zależności od tego, którą teorię/interpretację przyjmiemy możemy też stwierdzić, czy Bóg jest, czy Go nie ma i czy istnieją inne wszechświaty.




Pierwszą przywołałam, żeby przedstawić ogólny zarys i pokazać, czym się te teorie różnią.



Skoro tak, to od czego zależą te 'różności' , skoro nie mamy na to żadnego wpływu, bo nie podejmujemy żadnych 'decyzji'?


(właśnie powiesz co to za książka?), ale dziwne dla mnie jest to, że nie napisała o tak istotnej rzeczy.